Pomysł spędzenia długiego, majowego weekendu na Dolnym Śląsku, przyszedł nam do głów dzięki rodzicom Tomka. Teściowie od dłuższego czasu upatrzyli sobie tamten rejon za miejsce do odpoczynku, w związku z tym ponownie się tam wybierali. Postanowiliśmy zatem „pointegrować” się nimi oraz z resztą rodziny szanownego małżonka (siostrą - Gosią, szwagrem - Kubą i wówczas 1,5-roczną siostrzenicą Zuzią). Wyjazd ten był pierwszym testem "odległościowym" dla Taradajki, zakupionej jakieś 2 tyg. wcześniej. Już wtedy odkryliśmy, jak wielkim atutem landary (Land Rover Discovery - przyp. autora) jest jej pojemność. Nasze bagaże zajmowały co prawda niewiele miejsca, jednakże chcieliśmy odciążyć samochód Teścia i zabraliśmy "osprzęt" Zuzi (uwierzcie mi na słowo, rzeczy dziecka to studnia bez dna). Sama droga była bardzo prosta. Ze względu na oszczędność czasu wybraliśmy podróż autostradą, co niestety oznaczało mękę. Po pierwsze zaczął się okres okropnych upałów. Gorąc na polu, słońce bije po oczach od asfaltu, upał w Taradajce (ehh ... czasem ta klimatyzacja by się przydała). Po drugie, gdy człowiek otwierał okno, w celu choćby lekkiego ochłodzenia, huk pędu powietrza i innych pojazdów stawał się nie do zniesienia. Ale za to, gdy już dojechaliśmy na miejsce (tj. Błażejów k/Chełmska Śląskiego), czekał na nas chłodny wieczór, jeszcze chłodniejsze, pyszne, ciemne piwko oraz wspaniałe żarełko w pobliskiej knajpce. Po takich trudach, wszystko smakowało podwójnie. Miejsce noclegowe okazało się dość specyficzne (choć i tak cudem dorwaliśmy jakiekolwiek - znów dzięki Teściom), szczególnie ze względu na przezroczystą szybę w drzwiach :D Ponieważ w pokoju były dwa wąskie tapczany (idealne dla młodych małżonków), wybraliśmy ten "szerszy" i jakoś te kilka nocy przespaliśmy. W czasie naszego pobytu udało nam się przede wszystkim przetestować samochód w terenie. Niedaleko kwatery rozciągał się las, z przyjemnymi trasami po przecinkach, z lekkim błotkiem, czyli coś w sam raz, jak na "pierwszy raz" :). Na szczęście nic nie zepsuliśmy, nie schrzaniliśmy, nie poobijaliśmy, za to trochę ubłociliśmy Taradajkę, co stanowiło dla nas już samo w sobie swoiste "namaszczenie". Oprócz rozrywek tego typu (które zajęły nam chyba większość wyjazdu - przyznaję - zachowywaliśmy się jak dzieci, które dostały wymarzone zabawki), mieliśmy sposobność odwiedzić naszych sąsiadów Czechów (chcieliśmy zobaczyć Skalne Miasto w Adršpachu oraz Teplicach, niestety kilkugodzinne (!) kolejki do kasy skutecznie nas zniechęciły), świątynię Wang + Karpacz, Twierdzę Srebrna Góra, sztolnie w Walimiu oraz kilka innych miejsc. Dolny Śląsk to idealny rejon dla każdego turysty, ze względu na mnogość zarówno zabytków, jak i tras rekreacyjnych. Dla nas wielką bolączkę stanowiło ograniczenie czasowe, które uniemożliwiło nam zobaczenie chociażby połowy obiektów z kategorii "must see". Harmonogram był tak napięty, że nie starczało nam czasu nawet na jedzenie obiadów. Niestety z naszego wyjazdu uchowało się tylko kilka zdjęć, reszta przepadła gdzieś przy okazji kopiowania plików. Liczę jednak, że kiedyś się znajdą (taka parafraza „piosenki grzybiarza”), gdy będę mieć wolną chwilę na ich poszukiwania.
Cała przygoda z terenem zaczęła się
na długo przed zakupem Taradajki, właściwie w momencie mojego
pierwszego spotkania z Tomkiem. Na początku okazało się, że
obydwoje uwielbiamy podróżować, co z pewnością było początkowym
krokiem do wykształcenia się u nas takiej, a nie innej, wspólnej
pasji. Po pewnym czasie, gdzieś pomiędzy słowami, nieśmiało
wymknęło mi się, że uwielbiam samochody terenowe i czymś takim
chciałabym jeździć. Wtedy ambicjonalnie marzyłam raczej o starym
Nissanie Patrolu, Tomek natomiast cieszył się swoją ówczesną
dumą – Toyotą Celicą. Mimo tego, również fascynował go
off-road i sentymentalnie wracał do czasów, gdy w telewizji oglądał
relacje z Camel Trophy. Potem obydwoje dużo podróżowaliśmy,
szczególnie po Polsce i południowych krajach ościennych. W
międzyczasie dyskutowaliśmy nad naszym przyszłym samochodem, aż w
końcu dojrzeliśmy do decyzji, że będzie to Land Rover Discovery.
Po ślubie, w kwietniu tego roku, zaczęliśmy szukać wymarzonego
autka. Ponieważ w życiu mamy więcej szczęścia niż rozumu,
oglądnęliśmy tylko dwa oferowane samochody. Jeden, w gorszym
stanie, ktoś przed nami kupił (znów więcej szczęścia ...),
drugi kupiliśmy my :) Jako zupełni laicy, trafiliśmy na bardzo
dobry egzemplarz, niestety nie obeszło się bez kilka błędów
wynikających z naszej niewiedzy (np. nie zainwestowaliśmy
pozostałych pieniędzy w przegląd Taradajki i jej naprawę), przez
które później mieliśmy sporo problemów. Potem instynktownie
trafiliśmy na KST Żubry (choć tak naprawdę dzięki opatrzności
Naszej Klasy i pewnego zbiegu okoliczności), z którym wiążemy
duże nadzieje. Do tej pory Taradajka obwiozła nas po sporej części
Polski, była w Czechach oraz przemierzyła dzielnie (aczkolwiek nie
bezawaryjnie) całą trasę SKANDINAVIA 2010. Mamy nadzieję, że
będzie nas obwozić szczęśliwie dalej i że znajdziemy pieniądze,
aby w nią inwestować wszystko co najlepsze. Chcielibyśmy też, aby
od teraz kapiące ciecze z samochodu były tylko pierdołami. Bo
jeśli z Land Rovera nic nie kapie, to znaczy że jest źle :)
Jesteśmy młodym małżeństwem,
którego wspólną pasją jest szeroko rozumiana turystyka off-road.
Swoje zainteresowania możemy aktywnie rozwijać od kwietnia 2010
roku, kiedy to po ślubie udało nam się do naszej rodzinki dołożyć
Land Rovera Discovery I. Od tego momentu tworzymy również dość
zgrany zespół, w którym ja pełnię obowiązki pilota, mój mąż
natomiast kierowcy (na razie pełnimy obowiązki, bo do
profesjonalizmu nam jeszcze trochę daleko). Całości dopełnia
Taradajka – jak pieszczotliwie nazywamy Land Rovera. Wspólnie
odwiedziliśmy wiele ciekawych miejsc zarówno w Polsce, jak i w
Europie. Systematycznie próbujemy swoich sił w terenie, należymy
do KST „Żubry”, staramy się również udzielać w imprezach
off-road (niestety aktualnie w zawieszeniu, ze względu na ciążę).
W lipcu tego roku udało nam się przemierzyć prawie 7 tysięcy
kilometrów, w czasie trwania zorganizowanej przez nas, samotnej
wyprawy SKANDINAVIA 2010. Wówczas odwiedziliśmy 8 państw, w tym 3
docelowe, czyli Finlandię, Szwecję oraz Norwegię. W związku z
tym, że właśnie z tą pasją wiążemy swoją przyszłość,
chcielibyśmy oprócz dobrej, ale i trudnej zabawy, jaką jest
off-road, zajmować się promowaniem tego sportu oraz szukaniem
rozwiązań ekologicznych, dzięki którym zmniejszalibyśmy
szkodliwy wpływ naszych zainteresowań na środowisko. Niedługo
zostaniemy także rodzicami, dlatego mamy nadzieję promować również
podróżowanie z dziećmi, co w Polsce niestety dalej pozostaje
usłane mitami i jest pomijane w dziedzinie turystyki.
Sylwia Jędras
Rocznik: 1987
Kariera zawodowa: przymiarki do założenia własnej działalności gospodarczej, wcześniej manager.
Pasje: przede wszystkim podróże, szeroko rozumiany off-road, wspinaczka górska.
Nie pogardzę również: książką, dobrą kuchnią i zimnym piwem po trasie lub na szczycie ;)
Nie lubię: głupoty, ignorancji i „dobrych rad”.
Odwiedziłam: Czechy, Słowację, Austrię, Włochy, Niemcy, Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię, Szwecję, Norwegię, Danię, Ukrainę. No i oczywiście trochę Polski. Reszta przede mną ;)
Najpiękniejsze miejsce na świecie: każde, w którym znajdują się pogodni i życzliwi ludzie.
Nie chciałabym jechać do: Amazonii, bo nie lubię robaków ;P
Najbliższe plany i marzenia: wyprawa w
Karpaty Wschodnie, przez Europę do Maroka oraz na Nordkapp od strony
północnego wybrzeża Skandynawii.
Tomasz Jędras
Rocznik: 1986
Kariera zawodowa: operator elektrodrążarek w pewnej krakowskiej narzędziowni
Pasje: black metal, perkusja i land rover
Nie pogardzę również: dobrym filmem i opowieściami o Jakubie Wędrowyczu
Nie lubię: nie używania mózgu
Odwiedziłem: Czechy, Słowację, Niemcy, Austria, Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię, Szwecję, Norwegię, Danię, Bułgarię, Grecję, Węgry, Serbię.
Najpiękniejsze miejsce na świecie: Blashyrkh :)
Nie chciałbym jechać do: dużych miast USA
Najbliższe plany i marzenia: „oszpejowanie” Taradajki, budowa „zmoty” rajdowej, wyprawa w Karpaty Wschodnie.
Land Rover Discovery vel Taradajka
Rocznik: 1995
Kariera zawodowa: Obwoziłam jakiegoś Włocha, potem gościa z okolic Bochni, a teraz obwożę tyłki dwóm (za niedługo trzem) popaprańcom z jakiejś wsi pod Krakowem.
Pasje: Wyprawy i wszystko co związane z jazdą poza asfaltem ;)
Nie pogardzę również: Błotem, wodą, piachem, ale i ładnie pachnącym płynem do spryskiwaczy oraz dobrym olejem.
Nie lubię: Krzaków, gałęzi i innych „rysujących” mnie zjawisk, papierków po hot-dogach na tylniej kanapie, braku konserwacji przed zimą.
Odwiedziłam: Trochę Polski, Czechy, Litwę, Łotwę, Estonię, Szwecję, Norwegię, Danię, Niemcy i inne kraje o których wiedzą tylko moi poprzedni właściciele.
Najpiękniejsze miejsce na świecie: mam nadzieje, że zobaczę takowe ;D
Nie chciałabym jechać do: Amazonii, bo również nie lubię robaków, z tym że na własnej szybie i reflektorach.
Najbliższe plany i marzenia: lift, bagażnik dachowy, wyciągarka, nowy zderzak na przód i tył, porządne MT-ki i tak mogłabym wymieniać ;)